Jak starsza pani zdobywa góry. Wyprawa piąta: Rysy, Chata pod Rysami
Wpisany przez Zofia Zubczewska   
czwartek, 30 lipca 2026 10:02

Jak starsza pani zdobywa góry. Wyprawa piąta: Rysy, Chata pod Rysami

Przez całą zimę marzyłam, że w czerwcu 2026 roku pójdę na Rysy, najwyższy szczyt w Koronie Gór Polskich. Opowiadałam o tym przy każdym spotkaniu rodzinnym z takim entuzjazmem, że moje dzieci i wnuki również zapragnęły tam pójść. Mąż, Funio, odmówił czynnego udziału w wyprawie, lecz ją poparł (także finansowo). Zatem wyruszyliśmy 20 czerwca 2026 roku w składzie moja córka i jej syn, mój syn i jego córka oraz ja – babcia.

Babcia Zosia i jej 3/4 dróżyny (1/4 robi to zdjęcie). W tle Tatry Wysokie.

Nie uwierzycie, Kochane Czytelniczki i Czytelnicy, czego ja się nasłuchałam od przyjaciół oraz dalszej rodziny o niebezpieczeństwach czyhających na zdobywców Rysów, a zwłaszcza Starszej Pani, czyli mnie. Groziło mi więc przede wszystkim, że utknę na trasie zaplątana w łańcuchy, zaatakuje mnie niedźwiedź albo zepchnie w przepaść kamienna lawina. Kwestię mojego wieku dyplomatycznie omijano uwagami w rodzaju: każdy powinien uważać na swoje kolana, nawet młodzi ludzie. Nie zrażało mnie to, zwłaszcza że planowana przeze mnie wycieczka spontanicznie zamieniła się w rodzinną wyprawę. Gdy teraz myślę o tym wydarzeniu, to sama nie wiem co mnie bardziej uszczęśliwia; czy to, że dotarłam na Rysy, czy to, że weszłam nań w towarzystwie dzieci oraz wnuków.

Plan wycieczki

Postanowiłam, że wchodzimy na Rysy szlakiem od słowackiej strony. W sobotę przed południem, 20 czerwca, wyruszamy z Warszawy samochodem. Przyjeżdżamy do hotelu zarezerwowanego w Nowym Smokowcu. W niedzielę bardzo wcześnie rano jedziemy do Szczyrbskiego Jeziora, gdzie zaczyna się trasa na Rysy. Zostawiamy samochód na parkingu (płatnym) i idziemy aż dojdziemy na szczyt, a potem wracamy tą samą drogą (innej zresztą nie ma). Trzeciego dnia, w poniedziałek, nieśpiesznie zmierzamy ku Warszawie. Wszystko odbyło się zgodnie z tym planem, z jednym – bolesnym – wyjątkiem. Nie weszliśmy na szczyt Rysów. Przeszkodziła nam gwałtowna burza. Doszliśmy do schroniska – Chata pod Rysami, które leży na wysokości 2250 m n.p.m., 250 metrów poniżej szczytu Rysów. Teraz marzę, by tam wrócić i dojść aż do końca...

Ogólnie o szlaku

Wejście na Rysy ze Szczyrbskiego Jeziora jest łatwiejsze niż z Morskiego Oka, co nie znaczy, że łatwe. Jest to dziesięciogodzinna wycieczka (wejście plus powrót) po stale wznoszącym się, usłanym głazami terenie. Trzeba mieć dobrą kondycję (ale nie aż sportową), wytrzymałe mięśnie, upór w głowie, sprawne nogi oczywiście, ale też sprawne ręce. Uwaga o rękach może wam się wydać, Kochane Czytelniczki, bezsensowna, dlatego ją objaśnię. Nawiasem mówiąc, uczyniła ją moja córka – Dominika, miłośniczka górskiej turystyki kwalifikowanej.

Wspomniałam, że trasa nie wymaga umiejętności wspinaczkowych, lecz na wysokości 2000 m n.p.m. (szłam do tego miejsca cztery godziny) dochodzimy do prawie pionowej ściany, po której trzeba się wejść 80 metrów wzwyż, idąc po drabinkach metalowych i trzymając się łańcuchów. Jest to łatwiejsze niż z opisu wynika, lecz nie do wykonania dla turysty, który dysponuje tylko jedną zdrową ręką. (Mówiąc szczerze na jednej zdrowej nodze też by nie wszedł, choć turyści dokonują najdziwniejszych wyczynów).

W Słowackich Tatrach obowiązuje ubezpieczenie. Trasa na Rysy jest zamykana na zimę. Otwiera się ją zazwyczaj 15 czerwca, po tym jak zejdzie śnieg ze szczytu. W tym roku wiosna była zimna i kapryśna, dlatego wybraliśmy się dopiero 20 czerwca, gdyż od tej daty prognoza pogody zapowiadała dobre warunki. Zależało nam ponadto, aby pójść przed sezonem turystycznym. Trasa na Rysy jest bowiem oblegana (także po polskiej stronie), przewodniki przestrzegają przed „korkami” oraz tłokiem na szczycie.

Pierwsze dwie godziny.

Idziemy ze Szczyrbskiego Jeziora do Żabiego Potoku. Trwało to dwie godziny i piętnaście minut, podeszliśmy 280 metrów wyżej, do wysokości 1620 m n.p.m. Do szczytu zostało 1280 m.

Parking w Szczyrbskim Jeziorze to po prostu pobocze asfaltowej szosy, biegnącej dnem Doliny Mięguszowieckiej, w stronę hoteli nad Popradzkim Stawem. Po czterech kilometrach marszu, na kwadrans przed Popradzkim Stawem, skręca się z tej drogi w las, na szlak prowadzący na Rysy. Wędrowaliśmy asfaltem od 7.15 do 8.50, po lekko wznoszącym się terenie (150 metrów przewyższenia). Było to dość męczące, a zwłaszcza monotonne, do chwili, gdy podniosłam głowę i dostrzegłam, że idę między niebotycznymi, nagimi skałami górującymi ponad pasmem lasu. Oczywiście, w przewodnikach jest napisane, jakie widać szczyty po prawej stronie i po lewej, a także na wprost. Wszystkie są majestatyczne, raczej trudne do zidentyfikowania, poza jednymi - Granią Baszt. Baszt nie sposób nie rozpoznać. Tworzą południowo-wschodnią granicę Doliny Mięguszowieckiej, doliny najpiękniejszej w Słowackich Tatrach. Grań ma pięć kilometrów długości. Wygląda jak potężny mur zbudowany z olbrzymich kolumn w kształcie walców, ułożonych na stromym zboczu, jedna przy drugiej. W zagłębieniach między kolumnami leżał jeszcze śnieg, tworząc długie, białe pasy. Widok Grani Baszt towarzyszył nam prawie do samego masywu Rysów.

Po półtoragodzinnym marszu asfaltową drogą doszliśmy do rozwidlenia z leżącymi wśród drzew pakunkami przymocowanymi do drewnianych nosideł. Wiedzieliśmy, że są to paczki z produktami, które trzeba zanieść do Chaty pod Rysami, schroniska najwyżej położonego w Tatrach (2250 m n.p.m.). Turystów zachęca się do wnoszenia tych pakunków. W podzięce, w Chacie, dostają kubek gorącej herbaty. Pakunków było niewiele, lecz same ogromne – dwudziestolitrowe pojemniki z Kofolą, słowacką coca-colą. Najwyraźniej mniejsze paczki już zostały wniesione. Jankowi (wnuczkowi) wszystko to się bardzo spodobało, czyli i to, że turyści wnoszą towar do schroniska, jak i to, że bańki z Kofolą są takie wielkie. Myślę, że cały ładunek ważył co najmniej 23 kilogramy, gdyż Kofola zamocowana została do drewnianego stelaża, posiadającego paski nakładane na ramiona, takie jak w plecaku. Janek załadował więc na plecy Kofolę, a swój plecak oddał matce i mojej córce. Po drodze turyści gratulowali, chwalili Janka (niektórzy nawet tłumaczyli się dlaczego sami nie wnoszą paczek). W schronisku mój wnuczek przyjęty został brawami, pocałunkami oraz kubkiem pysznej herbaty, jak mi opowiadał, gdyż ja dotarłam do Chaty 40 minut po nim. Było mu nad wyraz przyjemnie, lecz tylko jedna pani doceniła wysiłek matki Janka, taszczącej dwa plecaki, również przez te wszystkie, wspomniane już drabinki oraz łańcuchy: – Gratuluję pani plecakowej – powiedziała do Dominiki. Było to bardzo miłe. Dodam tutaj, że rysunek przedstawiający turystę dźwigającego ładunek na stelażu widnieje na pamiątkowej pieczątce z Chaty pod Rysami. Odbiłam ją sobie. Lubię na nią patrzeć, bo widzę wtedy naszego Jaśka.

Od miejsca z pakunkami do dna Żabiej Doliny, przez którą płynie Żabi Potok szłam 30 minut. Szlak biegł po dużych kamieniach, ułożonych tak, żeby wygodnie było po nich stąpać. Szło się trochę pod górę (ok. 140 metrów przewyższenia), mijało po drodze rozwidlenie, na którym od niebieskiego szlaku oddziela się szlak czerwony, prowadzący na Rysy. Trzeba skręcić w prawo, a chwilę później dochodzi się do uroczego mostku nad Żabim Potokiem oraz ławeczki. Można usiąść, zjeść banana, popatrzeć na bystry potok, spadający pod mostek z radosną energią... Turyści przystają, robią zdjęcia, niektórzy brodzą na bosaka w błękitnej, lodowatej wodzie... jest gorąco, po niebie przesuwają się wolno pojedyncze chmurki...

Dominika i Janek kilkanaście minut temu zniknęli mi z pola widzenia. Poszli szybko, w tempie najlepszym dla tragarza Kofoli. Jaśko wypróbował, że najmniej się męczy, a jednocześnie najszybciej posuwa ku szczytowi Rysów, gdy przez kwadrans idzie bardzo szybko, następnie przysiada na poboczu szlaku, opiera na kamieniach swój ładunek, odciążając ramiona, w które wrzynają się paski stelaża, po przerwie rusza dalej. Jego matka pilotuje go, mnie asystuje Filip (mój syn) i jego córka (najmłodsza wnuczka, tegoroczna maturzystka, moja imienniczka, Zosia). Przechodzimy przez mostek, jest godzina 9.30 zaczynamy podejście na północny (mniej więcej) stok Żabiej Doliny. Jeszcze nic nie wiem, jeszcze nie przeczuwam, iż wkraczam na najbardziej wyczerpujący dla mnie odcinek wędrówki.

Trzecia i pół godzina.

Idziemy z Żabiej Doliny do Żabiego Stawu, trwało to półtorej godziny, podeszliśmy 380 metrów wzwyż, do szczytu zostało 500 m.

Za mostkiem nad Potokiem szlak wyraźnie zaczyna się wznosić. Wędrujemy przygotowaną dla turystów ścieżką z ułożonych w miarę równo, płaskich kamieni. Po bokach zieleni się kosodrzewina oraz wdzięcznie kwitnące roślinki. Zosia rejestruje je telefonem, a przy okazji znajduje wielkiego pająka, któremu przezornie schodzi z drogi, a następnie wyjątkowej urody żuka. – To chyba drugi Stanisław – mówi do ojca.

- Jaki Stanisław – dopytuję się. Opowiadają, że wcześniej, gdy szliśmy jeszcze z Jankiem, dostrzegli takiego samego żuka. Mienił się wszystkimi kolorami tęczy, był zjawiskowy. Zatrzymali się więc we czwórkę (ja poszłam do przodu) gapiąc się na niego, a Zosia zapytała żartem: - Ciekawe jak ma na imię?

- Stanisław – odpowiedzieli jednocześnie Dominika i Filip. Wszyscy wybuchli śmiechem, a żuk czmychnął pod kamień. Zastanawialiśmy się potem nad reakcją żuka, lecz do dziś nie wiemy jak ją interpretować. Dziadek Funio po wysłuchaniu tej opowieści powiedział, że gdyby żuk był Czechem to jego zachowanie można by uznać za czeski żart. Jednak żuk był Słowakiem, więc może po prostu nie był zadowolony ze swego imienia: – Stanisław? ... to nie był dobry wybór. Sprawdziłem w Internecie, że najbardziej ulubionym męskim imieniem na Słowacji jest Jakub. Zosiu, twój znajomy to pewnie Jakubko, możesz na niego mówić też Kubko.

Wracam do swojej mozolnej wędrówki w górę stoku Żabiej Doliny, która leży w obrębie Doliny Mięguszowieckiej. Idę noga za nogą, robi się co raz bardziej stromo, przystaję dla wyrównania oddechu, a Zosia biega to tu, to tam cała w skowronkach. Wlokę się za nią bezmyślnie, aż zatrzymuje mnie ogromny kamulec, a przed nim gliniasta breja, do której o mało nie wpadłam...

– Babcia, to skrót – woła do mnie Zosia, stojąca na ścieżce ze trzy metry nade mną. – Idź w lewo – doradza.

Ma rację. Szlak zakosami wije się ku górze, co dla niektórych jest nudnym sposobem zdobywania Rysów więc idą na wprost po stromiźnie. Ja człapię po wypłaszczonych serpentynach. Człapię i człapię. Filip idzie tuż za mną, pilnuje mnie... czyżbym się chwiała? Po godzinie wędrówki roślinność znika, wychodzimy na inny świat, świat nagich głazów i skał. Ten widok to istny szok. Jesteśmy na wysokości prawie 2000 m. Minęła godzina jedenasta. Czuję się wyczerpana. Muszę usiąść. Muszę coś zjeść. Muszę się zastanowić, czy powinnam iść dalej jako babcia? Innej dolegliwości nie mam, tylko ten piękny, seniorski, wiek...

- Spójrz mamo – mówi Filip, przerywając mi rozmyślania – tam w dole widać Żabi Staw z wyspą na środku. Ta wyspa aż się prosi, żeby na niej postawić zamek dla wiedźmina Geralta z Rivii. A tam w prawo, widzisz, idą turyści w stronę progu z łańcuchami. Idą trawersem, prawie po poziomym terenie. Chyba najtrudniejszy odcinek mamy za sobą. Dasz radę: „Bo jak nie teraz, to kiedy” – zanucił niespodzianie fragment piosenki zespołu Veegas, dodając mi otuchy.

Tak - pomyślałam - jak nie teraz, to może nigdy, gdyż za rok albo dwa mój organizm nie będzie się już nadawał do wspinania na Rysy. Zdaje sobie sprawę, że mam przed sobą ostatnie lata dobrej kondycji, wykorzystam więc je maksymalnie. Wejdę na tę górę.

Zbieram się i rozglądam. Nigdy nie byłam w takim miejscu. Owszem, widziałam gołoborze na Łysicy, ale teraz patrzę na gołoborze do en-tej potęgi. Zero roślinności. Jedynie biało szare głazy wypełniające rozległą nieckę okoloną przez skały, też nagie, sięgające szczytami niebieskiego nieba. A w dole jeziorko, czyli Żabi Staw Wielki (są jeszcze dwa mniejsze), do którego z samej góry po zboczach skał biegną białe smugi topniejącego śniegu. Wyglądają jak co? Jak rysy właśnie. Zostawiam Baszty za sobą, a Żabi Staw po lewej stronie, idę w kierunku ściany stoków Wołowca, które łączą się z masywem Rysów. W poprzek tych stoków, czyli trawersem, przesuwają się malutkie postacie turystów. Wydaje mi się, że są kilkanaście pięter nade mną.

- Mam wejść tam gdzie oni? - pytam głupio syna.

- Bułka z masłem – odpowiada. – Patrz, Janek i Zosia machają do nas.

Widzę ich, ludziki wielkości zabawek... i czego ja się obawiam? Ruszam do nich.

Czwarta i piąta godzina.

Od Żabiego Stawu przez tzw. próg, potem Kotlinkę pod Wagą do Chaty pod Rysami. Podeszliśmy ok. 350 metrów. Do szczytu zostało 250 metrów.

Wędrujemy na wprost masywu Rysów, teren wznosi się nieznacznie, grań Baszt i Żabi Staw pozostały za nami, po lewej mijamy zbocza Wołowca, po trzydziestu minutach dochodzimy do progu, który jest już częścią Rysów. Masyw Rysów składa się z trzech wierzchołków. Najwyższy (2503 m n.p.m.) i najniższy (2473 m n.p.m.) leżą na terenie Słowacji, przez trzeci przebiega granica polsko-słowacka, w połowie jest zatem nasz. Ma 2499 m wysokości, jest najwyżej położonym punktem naszego kraju, a ponadto, co dla mnie jest najważniejsze, należy do Korony Gór Polski. Pieczątkę potwierdzającą, że na nim byłam znajdę w schronisku – Chata pod Rysami. Jeśli mi się uda, będzie 22 „koroniarzem” w mojej kolekcji KGP.

Próg to skalne rumowisko o niemal pionowym zboczu, wysokie na 80 metrów. Oddziela ono Żabią Dolinę od Kotlinki pod Wagą. Kotlinka opisywana jest w przewodnikach jako niewielkie dno polodowcowe leżące na wysokości 2100 metrów. Dno wznosi się aż do wysokości 2350 metrów, lecz 100 metrów niżej stoi na nim Chata pod Rysami.

Przed progiem robi się mały zator. Turyści (i my) zatrzymują się, gapią do góry, obserwując jak inni sobie radzą (radzą bezproblemowo), czekają na wolną drogę, gdyż wchodzi się i schodzi tą samą trasą (co się tutaj musi dziać w sezonie?). Wybieram lewe wejście, z łańcuchami, które są przymocowane do ściany niczym poręcze. Chwytam za nie, stopy opieram o wygodne występy skalne i całkiem łatwo, przesuwając ręce i nogi, wchodzę na szeroką półkę. Tutaj muszę przejść na metalową drabinkę o kilkunastu szczeblach, dalej znowu półka i jeszcze jedna drabinka, a następnie już wygodna ścieżka wzdłuż ściany coraz mniej stromej, ale cały czas zabezpieczonej łańcuchami, których można się trzymać dla bezpieczeństwa. Nic strasznego, gdyby nie to, że zahaczyła o nas burza.

Wspomniałam, że pogoda nam dopisywała, lecz gdy dochodziliśmy z synkiem do progu (córka, wnuczki i Kofola już dawno zniknęli nam z oczu) coś jakby zagrzmiało. Niebo jednak było nadal błękitne, chmurki, które wychynęły z prawej strony z poza gór, na powrót schowały się. Nie wiem kiedy wróciły, lecz gdy byliśmy na drabinkach nagle lunęło, jakby ktoś odkręcił kran, a także niestety wyraźnie zagrzmiało, a my na stalowych łańcuchach, więc zasuwamy do przodu, nie bacząc na deszcz. Nie widzimy błyskawic, grzmoty oddalają się, burza najwyraźniej przechodzi bokiem lecz deszczu nie żałuje, w dodatku dołącza do niego grad. Oddaliliśmy się już od łańcuchów, zatrzymujemy się więc wyciągamy z plecaków kurtki, wkładamy je na mokre koszulki, aby nie tracić ciepła. Trzeba zmykać do schroniska, to jedyna opcja. Po stoku płynie woda. Co raz trudniej jest nam odróżnić kamienie ułożone na szlaku od zwykłych głazów, a czerwonych szlakówek nie dostrzegamy wcale. Przed nami skalny grzbiet, za którym spodziewamy się zobaczyć schronisko. Wspinamy się... schroniska ani śladu, widzimy rozległą płaszczyznę usypaną z głazów, wznoszącą się do następnego grzbietu. Z góry spływają bystre strumyki, woda szybko wzbiera, wlewa się do butów, a z nieba ciągle leje. Nie jest mi zimno, ulewa jakby spłukała ze mnie zmęczenie..., w mokre stopy jest mi wręcz ciepło... Widok szczytu Rysów, z których pędzą potoki ułożone we wzór przypominający listewki wachlarza jest piękny ale potoki zaczynają się powiększać w małe rzeczki, robi się za dużo tej wody, czym to się skończy ?... gdzie ta Chata?!

- Coś stoi po lewej – mówi Filip.

To coś jest dosyć daleko, przypomina rozmiękłe pudełko po butach. Mniejsza o urodę, byleby było schroniskiem, ale nie jest. (Potem dowiedziałam się, że była to sławojka nad przepaścią, słynąca z pięknych... widoków. Nie potwierdzam, gdyż nie byłam w niej). Z za kolejnego zakrętu wyłania się kolejne pudełko, w dużo lepszym stanie niż to pierwsze, w dodatku znacznie bliżej nas położone. Już widzimy turystów, stojących na tarasie, wylewających wodę z butów, czyli dotarliśmy do Chaty po Rysami i wtedy... deszcz ustaje, wychodzi słońce.

Szósta godzina.

Chata pod Rysami , wysokość 2250 m n.p.m., 250 m do szczytu.

W schronisku tłoczno. Turyści ściągają buty, wyżymają z wody skarpetki, przebierają się w suche koszulki, mokre wieszając na belkach pod sufitem. Wszyscy bardzo ożywieni, podekscytowani przygodą z burzą. Na mnie i Filipa wypada reszta rodziny. – Już jesteście... jak dobrze... Witamy się, niczym cudem odnalezieni rozbitkowie, choć czekali na nas raptem 40 minut. Dominika przypomina, że mamy zmienić ubrania (na przemoczone spodnie i majtki nic nie poradzę) i leci po gorącą herbatę oraz gulasz zupę. Janek opowiada o wspaniałym przyjęciu jakie mu zgotowano, gdy wniósł do baru Kofolę. W kaflowym piecu obsługa schroniska już napaliła, rodzina rozgościła się w bocznej salce, w której włączono elektryczny grzejnik. Siadam w suchym polarze, popijam herbatę, patrzę na zadowolone swoje potomstwo – wszystko to mnie uszczęśliwia, dlaczego więc zaczynają dygotać mi ręce i trząść się broda? Spadek adrenaliny? Wyczerpanie fizyczne? Na pewno nie wychłodzenie. Dochodzę do wniosku, że organizm daje mi znak, iż doprowadziłam go do granicy wyczerpania, której nie powinnam przekroczyć, zwłaszcza, że muszę zachować siły na drogę powrotną. To oznacza, że niestety, nie mogę wejść na szczyt Rysów, choć zostało tylko 250 metrów drogi w pionie. Wydaje się, że to niewiele, ale taras widokowy w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie znajduje się na wysokości tylko 114 metrów i jest usytuowany na 30 piętrze. Szczyt Rysów wznosi się 250 metrów nad Chatą pod Rysami, gdybym szła na niego po pionowo ustawionych schodach, musiałabym pokonać ok. 80 pięter (przyjmując, że jedno piętro ma przeciętnie trzy metry wysokości). Trudno, nie wejdę, odbiję tylko pieczątkę w swoim przewodniku.

Pogoda utwierdziła mnie w tej smutnej decyzji, gdyż znowu zaczęło padać, a w oddali grzmieć. Wśród turystów krążyło przekonanie, że trzeba poczekać na „okno pogodowe”, a gdy się pojawi zejść szybko do progu, spuścić się po łańcuchach, a niżej - jakoś to będzie. Odpowiadał mi ten plan. Czekamy zatem na „okno”. Rozjaśnia się, wyglądamy na zewnątrz – jeszcze nie wiadomo, czy burza przeszła. Możemy skończyć kanapki (kanapek trzeba zabrać na Rysy ile się da). Teraz. Jest „okno”. Wszyscy wstają, zbierając się do wyjścia. Filip i Janek z wyraźnym żalem, oni poszliby na szczyt, Zosia chyba pociągnęła by za nimi, my z Dominiką zdecydowanie nie. Misia wymyśliła nawet nowy plan, który być może zrealizujemy w przyszłości: idziemy do Chaty pod Rysami, nocujemy w niej (jest tam 14 miejsc noclegowym w ogólnej sali, które trzeba rezerwować), następnego ranka zdobywamy szczyt i wracamy na dół.

Siódma do dziesiątej godziny.

Powrót na parking.

Zaczynamy powrót o 13.30. O 17.30 jesteśmy przy samochodzie. Schodzimy Kotlinką pod Wagą. Świeżo powstałe potoki wesoło połyskują w promieniach słońca. Porobiły się nawet wodospady. Rysy ociekają wodą. Sielankowość tego widoku jest jednak złudna. Głazy są śliskie, stróżki podmywają stopy, jest niebezpiecznie. Nie daje mi spokoju pytanie skąd wzięła się nazwa Kotlinka pod Wagą? Co tam jest powyżej tej Kotlinki i jak się waży? Nie weszłam tam, nie widziałam... Po powrocie do hotelu znalazłam w Internecie wyjaśnienie, że pochodzenie wspomnianej nazwy jest słowackie. Przez Kotlinkę biegnie szlak na szczyt Rysów uczęszczany od dziewiętnastego wieku. Mija on schronisko i prowadzi wyżej, do Przełęczy Waga (2337 m n.p.m.) Z Przełęczy wchodzi się na szczyt, co mnie właśnie ominęło. Rozległa Przełęcz Wagi leży pomiędzy Rysami (najwyższy wierzchołek Rysów to 2051m n.p.m. ) oraz Wysoką (2559 m n.p.m.) Polski artysta, dwudziestowieczny miłośnik Tatr i autor przewodników, Walery Eliasz Radzikowski napisał, że Waga to bardzo trafna nazwa dla tej przełęczy, gdyż za jej pośrednictwem Rysy ważą się z Wysoką.

Wracamy tą samą drogą tyle, że godzinę krócej. Na wysokości Żabiego Stawu burza wróciła po raz trzeci, co mnie w pewnym sensie ucieszyło. Ciągle bowiem żałowałam, że nie poszliśmy na szczyt. Moje dzieci i wnuki mają czas, żeby wrócić tam nawet kilka razy. Lecz ja – babcia, może straciłam ostatnią szansę zdobycia Rysów? Nowa burza nie wyrządziła nam już żadnych dodatkowych szkód, gdyż spodnie, buty i bielizna nie zdążyły wyschnąć po pierwszym deszczu. Na suche zmieniliśmy tylko koszulki oraz bluzy. One zaś nie przemokły, gdyż zawczasu ubraliśmy się w peleryny.

Wędrujemy szlakiem, który zamienił się w dno potoku. Woda chlupie w butach. Idziemy nie zatrzymując się, bo mówiąc szczerze nie ma po co. Chmury zasłoniły widoki, deszcz przeszkadza w robieniu zdjęć, woda do picia kończy się. Trzeba dojść do parkingu, wrócić do hotelu, zrzucić mokre ciuchy i wejść pod gorący prysznic. Tak też uczyniliśmy.

Jak powstały Tatry

Na Rysach pogoda dawała nam się we znaki, toteż nie miałam głowy do zbierania na pamiątkę okruchów skał. Mogłam je jednak podziwiać, nawet wtedy, gdy uważnie stawiałam stopy by nie poślizgnąć się na ociekających wodą wielkich głazach. Wiedziałam, że stąpam po granitoidach, które 400 milionów lat temu powstały z magmy. To z nich ukształtował się krystaliczny trzon Tatr. Proces ten zachodził w głębi ziemi na głębokości od kilku do kilkunastu tysięcy metrów. Gorąca magma krzepła powoli, poddawana ogromnemu ciśnieniu, przekształcając się w granitoidy – skały charakterystyczne dla najwyższych szczytów Tatr Wysokich, czyli także dla Rysów. Są one jasnoszarej barwy, nakrapiane czarnymi plamkami – kryształami miki. Wszystko to działo się pod wodą, gdyż obszar, na którym obecnie wznoszą się Tatry i wszystkie pasma Beskidów zalewało płytkie morze. Na jego dnie gromadziły się przeróżne osady – skorodowane skały, obumarłe rośliny i zwierzęta, tworząc skały osadowe (takie jak wapienie i dolomity) – trwało to miliony lat, do czasu potężnych ruchów górotwórczych nazwanych alpejskimi. 65 milionów lat temu cały obszar dzisiejszych Karpat (200 tys. km2) podniósł się i pofałdował. Morze ustąpiło, ponad powierzchnię ziemi wypiętrzyły się Tatry oraz pozostałe pasma Karpat. Olbrzymie masy skał osadowych zostały przesunięte, odsłaniając trzon granitowy, który utworzył najwyższe szczyty w Tatrach Wysokich. Dwa miliony lat temu, epoka lodowcowa wyrzeźbiła Tatry, nadając im obecny wygląd. Dziełem lodowca są charakterystyczne dla tych gór doliny w kształcie litery U (np. Dolina Mięguszowiecka) oraz kotły (np. Kotlinka pod Wagą).

Gdzie nocowaliśmy.

Mieszkaliśmy w hotelu w Nowym Smokowcu. Za pośrednictwem Booking.com wynajęliśmy segment, w którym były dwie, trzy osobowe sypialnie, salon z kanapami, wnęka kuchenna i łazienka. Za dwie noce zapłaciliśmy ok. 180 euro .

W Smokowcu punkty gastronomiczne oraz sklepy nie rzucają się w oczy. Na obiady musieliśmy kawałek podjechać. Smaczny obiad z piwem, czy innymi napojami kosztował miej więcej 20 euro od osoby. Nie trafiliśmy na duże spożywcze sklepy. Byliśmy zadowoleni, że zakupy na pierwszą kolację, śniadanie oraz kanapki na wędrówkę zrobiliśmy w Polsce. Przy drodze w kierunku Popradzkiego Stawu nie było żadnych budek z pamiątkami czy przekąskami. Coś do zjedzenia i wypicia można było kupić dopiero w Popradzkim Stawie lub, setki metrów wyżej, w Chacie pod Rysami. Podarunki dla tych, którzy nie pojechali z nami, kupiliśmy w drodze powrotnej, w Białce.

Anegdota o gapiostwie

Nasza wyprawa zaczęła się od dosyć głupiego zdarzenia; już byliśmy w drodze, już wyjechaliśmy z Warszawy, gdy mój mąż, dziadek Funio, zadzwonił z pytaniem, czy mamy w samochodzie apteczkę. W Internecie bowiem krążą opowieści o słowackich policjantach, polujących na polskich kierowców po to, by sprawdzić, czy posiadają oni apteczkę samochodową. Jeśli nie, wlepiają słony mandat, czyli dotkliwą pokutę. W Słowacji apteczka jest obowiązkowa. Dominika mówi, że mamy, dlaczego mielibyśmy nie mieć, przecież w Polsce apteczka też jest obowiązkowa. Na wszelki wypadek jednak zatrzymuje się, żeby sprawdzić. Apteczki nie widać. Nie wiadomo w jakich okolicznościach zniknęła. To nic, mówimy, apteczki są wszędzie: w marketach, aptekach i stacjach benzynowych. Za Krakowem będziemy tankować, więc przy okazji kupimy apteczkę. Tankujemy, pytamy o apteczkę – nie ma. „Luzik”, zapytamy na następnej stacji. Ale na następnej też nie ma apteczek. – Nie wiadomo, czy gdzieś kupicie – słyszymy. – Od piątku wszyscy, którzy jadą do słowackiej granicy kupują apteczki. Pytajcie w marketach.

Atmosfera robi się napięta, bo przecież nikt nie lubi mandatów. Dojeżdżamy do „Biedronki” - apteczki „wyszły”, słyszymy, nie ma ich także w magazynie. Może są jeszcze w innych, sąsiednich marketach. Rozbiegamy się po sklepach, lecz wracamy z pustymi rękami. Ktoś nam powiedział, że widział jeszcze rano apteczki w aptece, lecz minęło już południe, jest sobota, więc apteki zostały pozamykane. Trudno, jak będziemy mieć pecha, to dostaniemy pokutę, trzeba się z tym pogodzić. Jedziemy dalej. W Białce mijamy placyk ze straganami, sklepami oraz punktem aptecznym. Filip mówi, że w punkcie aptecznym jeszcze nie pytaliśmy o apteczkę. On więc pójdzie, spróbuje po raz ostatni zdobyć „to cudo”. Zatrzymujemy się, Filip idzie do punktu aptecznego - punkt zamknięty. Widzimy jak staje, rozgląda się bezradnie, zagaduje do panów siedzących opodal na ławeczce. Z ich gestów wynika, że nic z tego, apteczki zniknęły z Podhala, wszystkie pojechały na weekend na Słowację. Filip odchodzi zrezygnowany, lecz jeden z panów podąża za nim, po czym obaj znikają między domami. Czyżby przy granicy istniały tajemne schowki na apteczki samochodowe? TAK! Filip wraca raźnym krokiem, tuląc w objęciach apteczkę. Opowiada, że Pan odsprzedał mu swoją drugą apteczkę, tę którą trzymał w domu na wszelki wypadek. Pierwszą wozi w swoim samochodzie. Powitaliśmy Filipa niczym bohatera, a po powrocie do domu opowiadamy każdemu powyższą anegdotę.

Gorące wrażenia.

Na koniec zapytałam moją drużynę, co najbardziej zapamięta z wyprawy na Rysy.

- Burzę i wodospady spadające ze szczytu – odpowiedział bez wahania Janek. – Także to, jak mnie przywitano w schronisku, gdy wszedłem z Kofolą. To było naprawdę przyjemne przeżycie.

Dominikę miło zaskoczył fakt, że zapanowała nad swoim lękiem wysokości, który ją czasem dopada. Obawiała się go na „progu”, przez który przechodziła, niosąc dwa plecaki. Czuła się wtedy bardzo niekomfortowo. Ponadto wymyśliła plan drugiej wyprawy na Rysy: pierwszego dnia wchodzimy do Chaty pod Rysami, nocujemy w niej, następnego dnia atakujemy szczyt, po czym wracamy na dół.

Dla Filipa i Zosi niezapomniane pozostaną widoki, zwłaszcza Żabi Staw i ociekające wodą głazy w Kotlince pod Wagą. Zosia na koniec dodała, że wszystko dla niej było cudowne, dosłownie wszystko, lecz czuje mały niedosyt, gdyż nie weszliśmy na szczyt. Rzeczywiście, ten niedosyt pozostał i we nie, lecz ma małe znaczenie. Uśmiecham się, na samą myśl o tej wyprawie babci, której na stare lata zamarzyło się zdobywanie Korony Gór Polskich, a jej dzieci i wnuki pokochały to marzenie więc zawiodły ją na Rysy. Ciągle czuję uważną acz dyskretną opiekę swojej rodziny. Kogo jeszcze spotkało szczęście wędrówki z taką drużyną, w dodatku na rok przez 80 – tymi urodzinami? Dla mnie więc wszystko było „super”, ponad wyobrażenie.

Zofia Zubczewska.

Zdjęcia - ekipa Babci Zosi i autorka

Poprawiony: czwartek, 30 lipca 2026 15:52